wtorek, 23 lutego 2010

Na wszystko powinien być czas. Ludzie o tym zapominają. Często zaczyna się to na studiach (czasem już w liceum) a przeżywa rozkwit, gdy zaczynamy pracować - pogoń. Zazwyczaj za wiedzą, pieniędzmi, potem pojawiają się dzieci - muszę zrobić to, tamto, nauczyć się, pracować dzień i noc by była kasa, ciągły stres, pośpiech, zmęczenie, w końcu bezczynne siedzenie przed telewizorem, bezsensowne chodzenie po necie, - i na koniec frustracja, że nic się nie zrobiło. Kolejny tydzień tak samo - nie ma czasu na odpoczynek, bo przecież wczoraj straciło się pół dnia, dziś trzeba to nadrobić i koło się zawęża. Nikt nie planuje wypoczynku, siedzenia cały dzień w domu z książką, świadomego "nicnierobienia" - podświadomie czujemy się winni, społeczeństwo piętnuje takie postawy, system edukacji głosem profesorów wmawia nam, że jesteśmy nic nie wartymi leniami. W rezultacie nie umiemy wypoczywać. Nie ma sensu rozpisywać się nad konsekwencjami, można by wymienić wszystko, od życia w wewnętrznej niezgodzie z samym sobą (potrzebuje wypoczynku, ale nie przyznam się do tego, a nawet jeśli to nie mam na to czasu), aż po choroby cywilizacyjne, od nerwic po nowotwory.

Nie pisałam długo. Chciałam za to przeprosić, tych którzy nadal tu zaglądają podziwiam za wytrwałość i dziękuję. Uczyłam się do dwóch sesji, zdałam tak jak chciałam, zajmowałam się firmą, zrobiłam to co sobie zaplanowałam. A potem miałam 2 tygodnie ferii. I były to jedne z najlepszych ferii. Odcięłam się od Uczelni, pracy, skupiłam na wspaniałych próżnych przyjemnościach - gotowaniu, jedzeniu, piciu niepoważnych ilości wina, w drugim tygodniu wyprowadziłam się do rodziców (mąż wyjechał na szkolenie) - z młodszą siostrą i rodzicami bawiłam się wspaniale. Nie zajmowałam się mieszkaniem, grałam na komputerze (chyba pierwszy raz od paru lat) oglądałyśmy mnóstwo filmów, chodziłyśmy na zakupy, cały czas się śmiałyśmy. Dzięki Nel - było super :)

 

Nie zrobiłam nic "pożytecznego" ? Odwrotnie, zregenerowałam ciało i umysł.

Są takie momenty, że mocno się w coś wkręcamy. Tracimy właściwą perspektywę. Ja odzyskałam ją przez te pare dni. Ważne rzeczy się wyostrzyły, nieistotne zbladły.

Nic nie pisałam, zastanawiałam się nawet przez chwile czy to moje pisanie ma jakiś sens, czy mi się chce... Ale dziś zdarzyły sie dwie niesamowite rzeczy które utwierdziły mnie w przekonaniu, iż jednak warto.

Zaczął się nowy semestr a wraz z nim kolejne walki studenci vs nauczyciele. Ale dziś jedną wygrałyśmy. Nauczycielka spóźniała się pół godziny, ale wszyscy grzecznie czekali pod salą, nie odzywałam się więc nauczona doświadczeniem ;) Powoli pojedyńcze osoby napomykały, żebyśmy zrobiły listę bo 15min minęło. Nasza starościna zaangażowała się w akcję i dzięki niej, całe 2 grupy mniej lub bardziej zgodnie, ale jednak, podpisały się i wyszły na wolność :)

Jak to się skończy, jakie będą konsekwencje, tego nie wiadomo, ale jest to bardzo pozytywny sygnał :) i niezmiernie się cieszę.

Drugą rzeczą która utwierdza mnie, że może jednak powinnam pisać, są komentarze i maile od osób które podzielają mój punkt widzenia i zarażają mnie swoim optymizmem :)

Tak więc zaczynem nadrabiać zaległości...

 

21:01, the.shadow.dance , życie studenckie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 02 lutego 2010

Zgubiłam obrączkę. Dziwne jak człowiek przywiązuje się do przedmiotów, po prostu nie mam jej na ręce, a czuje jakbym straciła cząstkę siebie. Duży smutek.

Jeszcze większy towarzyszy wnikliwej obserwacji rzeczywistości. Skąd się bierze tak duży brak szacunku? Dziś o 8 rano, nie zdając sobie sprawy iż wkraczamy w scenerię z Monty Pythona, przyszłyśmy na egzamin ustny z opieki internistycznej.

8.00 - początek egzaminu, nauczycielki nie ma.

8.15 - starościna dzwoni do pani mgr - już jedzie.

9.10 - pani bez słowa wyjaśnienia, czy przeproszenia wchodzi do sali i zaczyna egzaminować.

9.50 - wychodzi pierwsza "przepytana" osoba. Średni czas pytania jednego studenta ~                      40minut. Termin poprawki zostaje nieodwołalnie ustalony na ferie zimowe(!) nikt nie                podważa ustalenia pani mgr.

8.00 - 13.30 - siedzę na brudnej podłodze pod salą egzaminacyjną, mając jedynie jogurt do                          jedzenia, bilet z parkomatu skończył mi się o 9...

12.00 - pani mgr robi sobie przerwę, która się trochę przedłuża.

13.30 - wchodzę na egzamin, mam 15 min na przygotowanie w myślach, dwóch wylosowanych            zagadnień.

14.10 - dostaję wpis do indeksu.

Po 6 godzinach jestem wyczerpana psychicznie.

aniołek

Życie z obrączką było łatwiejsze, dodawało poczucia własnej wartości, na ręku młodej osoby było pewnym wyrażeniem światopoglądu, ekstrawagancją, w dzisiejszych czasach wręcz oznaką nonkonformizmu. Brak obrączki równa się stracie pretekstu. Trzeba włożyć więcej wysiłku w pokazanie swojej postawy wobec świata i wobec osoby którą się kocha. Takie sytuacja są dobre, nie pozwalają zapomnieć kim jesteśmy. Duma nie powinna wynikać z noszenia na palcu obrączki, a z nas samych, wartości jakie sobą prezentujemy, idei o jakie walczymy.

Idei? Właśnie ich brak jest najbardziej przykrą cechą charakteryzującą wielu dzisiejszych studentów. Powolny, prawie niezauważalny proces znieczulicy. W dobie komórek nikt nie ośmieli się przestrzegać kwadransu akademickiego, i wyjść gdy nauczyciel się spóźnia (ponad godzinę) bo nas później "udupi". Nikt nie odezwie się słowem, gdy termin poprawki zostaje wyznaczony na ferie zimowe, wręcz niesamowite. Nikogo nie razi brak szacunku, 6 godzinne siedzenie na brudnej podłodze w eleganckim ubraniu. Każdy student da od razu kontrargument - oczywiście, że nam się to nie podoba, ale po co się odzywać, i tak nic nie zmienimy, a jeszcze to się obróci przeciw nam. Wszyscy boją się konsekwencji, bo tak jesteśmy "wychowywani" - od pierwszego dnia na Studiach Wyższych.

Rośnie nowe pokolenie, pozbawione poczucia wartości, bez górnolotnych idei, bez refleksji. Za 20 lat będzie leczyć kompleksy powielając schematy, których tak bardzo dziś nie akceptuje.

21:26, the.shadow.dance , życie studenckie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 stycznia 2010

 

Dzięki mężowi uczę się korzystać z dobrodziejstw internetu. Mój niedawny scepytzm i upór (“niedługo wszystko będzie wirtualne - seks, jedzenie, spanie...”) zastępuje większa wiara w ludzi którzy go tworzą, z dozą zaufania.


Open Yale to niesamowita inicjatywa dzięki której można uczestniczyć w zajęciach z wielu popularnych dziedzin naukowych, wykładanych na Uniwersytecie. Jestem w połowie wykładów z Introduction to Psychology - psychologia zawsze mnie fascynowała, a wykładowca Paul Bloom jest wspaniały (gdy zajęcia dotyczą specyficznych problemów, zapraszani są goście - światowi eksperci w tych dziedzinach, którzy dzielą się swoją wiedzą). Jestem zauroczona i żądna wiedzy, a jednocześnie coraz bardziej sfrustrowana.

Zajęcia na Yale są niesamowicie ciekawe, podane w przystępny, ale nie prostacki sposób, dr.Bloom nie traktuje wykładów jako przykrego obowiązku, a widać iż lubi to co robi, jest bardzo naturalny, ludzki, z poczuciem humoru. Już na początku zaznaczył, iż zawsze przychodzi 15min przed zajęciami i zostaje po nich, że można go spotkać na kampusie i swobodnie porozmawiać. Co ciekawe traktuje studentów jak ludzi i to równych sobie(!!!), poważnie podchodzi do ich pytań i sugestii zamiast wywracać oczami lub powiedzieć “nie wiem”. Jeśli ktoś pragnie pozostać anonimowy nie ma problemu, ale jeśli kogoś nurtują różne psychologiczne kwestie jest jeszcze milej widziany. Ponad to, z zajęć można wynieść bardzo dużo wiedzy - solidne podstawy psychologii. 
Wykłady te nie budują w mózgu barier a otwierają go, podobnie jak otwarty jest umysł wykładowcy.

Nasi wykładowcy, nasze społeczeństwo u dużej mierze ma zamknięte umysły. Nie do pomyślenia jest potraktowanie studenta na równi, taka opcja nawet nie przemyka przez głowy profesorów a nawet zwykłych nauczycieli - np. pielęgniarek. Student ma zakuć wiedzę (i to według książki X a nie Y choć obydwie są aktualnie, profesor egzaminuje z X), a nie myśleć samodzielnie. W szpitalu student powinien robić wszystko za personel, ale tak by nie było śladu jego obecności, ma się nie pokazywać na oczy, ewentualnie przydaje się w momentach gdy trzeba wyładować emocje. Takie podejście boli, ale było by do przetrwania gdybyśmy z zajęć wynosiły konstruktywną wiedzę (nie na temat świata a położnictwa)...


Przez ostatni tydzień nasze praktyki odbywały się na izbie przyjęć szpitala MP i nie natchnęły mnie optymizmem dotyczącym studiowania. Przez 6 (no 5h 15min, odliczając bardzo wydłużoną przerwę) dzień w dzień przesiadywałyśmy w WC dla pacjentek w którym za zasołonką był kibelek (z którego co jakiś czas korzystała zszokowana kobieta) a za drugą prysznic, my zaś siedziałyśmy przy kaloryferze na leżance wycynając lignę, składajac dokumentację, lub naklejając naklejki na historię choroby. Najambitniejszym zajęciem jakie nam przypadło, było zbieranie podstawowego wywiadu od pacjentek (jak na taśmie produkcyjniej 20 pytań i kolejna i kolejna). Oczywiście zawsze można znaleźć optymistyczny punkt widzenia: Wspaniałe praktyki, nic nie trzeba było robić, wypasik. Pobudka o 5 rano, dojazd 20km do szpitala przez nieodśnieżone drogi, o 7 na izbie, 6 godzin “pracy”, godzina powrotu, zrobić obiad, posprzątać, spać, godzina 18, pouczyć się (sesja na UMedzie i w Poznaniu zbliżają się wielkimi krokami), potem praca (założyliśmy z mężem firmę dzięki dotacji Unijnej, a teraz trzeba się zająć zarabianiem) kolacja, lampka wina, kurs psychologii :) i doba jest o 6 godzin za krótka, więc znów spać o 1 i 4 godziny snu. Te 6 godzin które bezproduktywnie tracimy podczas obowiązkowych zajęć praktycznych.

Po tygodniu tych zajęć byłam autentycznie chora nie tylko z powodu braku snu, ale przede wszystkim dlatego, iż temperatura otoczenia na izbie przyjęć wynosi pewnie trochę powyżej 10 stopni Celciusza. Z bluzkami, i swetrami nałożonymi na mundury, było ciężko wytrzymać, a pacjentki w szlafrokach zazwyczaj około 40minut siedzą na korytarzu czekając na badanie pielęgniarskie i lekarskie. O pielęgniarskim już pisałam, lekarskie nie wyglądało lepiej. Pacjentka nawet się do niego nie rozbiera, nie jest pobierana żadna krew, nie jest wykonywane badanie ginekologiczne ciężarnej czy rodzącej, tylko wywiad. Na nasze pytanie czy mogłybyśmy uczestniczyć w badaniu lekarskim nauczycielka dała odpowiedź: “W jakim badaniu?”

Na oddział noworodkowy na którym teraz jesteśmy szłyśmy z większym optymizmem - będzie cieplej! Nic bardziej mylnego, w salach nie od strony patio, są tak nieszczelne okna, iż pacjentkom rodzina przywozi ręczniki do ich zatykania a i tak jest około 18 stopni.

 

 

 

20:14, the.shadow.dance , życie studenckie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 stycznia 2010

Wspaniała sprawa! Kiedy zaczęłam pisać bloga, zarejestrowałam się na portalu blogstudencki.pl - namówił mnie do tego mój mąż - by więcej ludzi na moją "porodówkę" docierało (czytaj: bym mu nie marudziła iż nikt tych moich wypocin nie czyta).

Dziś przez przypadek weszłam na tą stronkę a tu okazało się, iż konkurs zakończył się w piątek i zdobyłam trzecie miejsce :)))))) na dodatek coś wygrałam!

Bardzo miłe zaskoczenie - dziękuję więc organizatorom i polecam się na przyszłość :)

czwartek, 07 stycznia 2010

 

Święta Bożego Narodzenia są wspaniałym momentem na refleksję. Jeśli znajdzie się na to czas. Ostatnio bowiem, wydaje się, że życie nabrało tak ogromnego tempa, iż nie ma chwili by spokojnie (jak to kiedyś bywało ;) ) wybrać się z gazetką do toalety, nie mówiąc o bardziej wyrafinowanych potrzebach duszy i ciała! Pęd za wiedzą, rozwój technologiczny, wielki napływ informacji, daje ogromne możliwości, ale jednocześnie tworzy ciągłą potrzebę bycia na czasie - pracujemy, uczymy się, rozwijamy. Wiemy coraz więcej, czujemy coraz mniej. W szczególnej sytuacji jest personel medyczny, dla którego ze względu na profesję, Boże Narodzenie w najlepszym przypadku jest tylko krótkotrwałym przerywnikiem od pracy. W istocie, dla większości osób, dobre przeżywanie Bożego Narodzenia kończy się wraz z ukończeniem edukacji. A często zabierane jest również dzieciom (wiele prac domowych na święta, zapowiedziane na początek stycznia sprawdziany i klasówki). Dlaczego społeczeństwo krajów rozwiniętych, przykłada tak dużą wagę do rozwoju intelektualnego, a całkowicie zapomina o rozwoju duchowym, emocjonalnym, psychicznym, osobowym?

Personel medyczny powinien mieć wzorowe moralia. A jednocześnie każe mu się, w pracy zapominać o własnych problemach, uczuciach, by w stosunku do pacjenta zawsze być optymistycznie usposobionym. Oddajemy się, więc, całkowicie naszej pracy, często zaniedbując stosunki w rodzinie - z dziećmi, rodzicami, partnerami, jesteśmy nawet zbytnio zmęczeni na seks. Będąc ideałami w pracy, samym sobą dajemy przykład poniesionej klęski, moralnego zera. Oczywiście, dobro pacjenta jest dla personelu priorytetem, ale czy musi by ponad najważniejszymi dla nas samych wartościami? Utrzymanie życia w równowadze jest niemal niemożliwe. Znacząca część społeczeństwa żyje w ciągłym napięciu, co gorsze zapomina o tym co jest naprawdę ważne - na Święta trzeba przecież wysprzątać dom, ugotować 12 potraw, upiec szynki, ciasta, obowiązkowo spotkać się z całą rodzinom bo się obrażą, trzymać się grafiku.

Zajęcia praktyczne mamy teraz w szpitalu psychiatrycznym i zastanawiający jest fakt, tak wielu ludzi związanych ze służbą medyczną, przebywających tam jako pacjenci.

Ale abstrahując od personelu medycznego, zaciekawił mnie artykuł z ostatniego Newsweeka dotyczący dzieci z domów dziecka branych na Święta do "prawdziwych" rodzin. Już dziś 42-letni Łucjan, opisuje wydarzenie które miało miejsce podczas takiej Wigilii: "Matka niesie glinianą misę z parującymi kartoflami. Przy stole śmiech, dzieci dokazują. Nagle miska wymyka się z rąk matki i rozbija o posadzkę. Matka klęka ale nie ma co zbierać. Ojciec zrywa się na równe nogi, nachyla nad kobietą, podnosi z klęczek, trzymając delikatnie za dłonie. - Nic Ci się nie stało? Nie skaleczyłaś się? Nie sparzyłaś? - pyta. Łucjan siedzi oniemiały. Myślał, że baba po twarzy dostanie, albo przynajmniej ją chłop zruga. Bluzgi polecą (...)"

Moje pytanie brzmi, czy nie jesteśmy zaskoczeni reakcją ojca? A gdyby to nasze dziecko wypuściło z rąk, niosąc jedno z dań do obiadu? A podczas uroczystej Wigilii, na oczach całej rodziny, na wysprzątaną podłogę, lub nowy obrus? Czy zareagowalibyśmy tak jak on? Czy w takim razie nie powinniśmy poświęcać więcej czasu na rozwój emocjonalny?

wtorek, 15 grudnia 2009

Obiecałam nie pisać o internie ale nie wytrzymałam.

Praca na chorobach wewnętrznym bardzo mnie męczy - przede wszystkim psychicznie. Właśnie wizja praktyk w takich szpitalach jak szpital B, była powodem dla którego nie poszłam na kierunek lekarski. Jestem słaba zarówno fizycznie - i choć bardzo trudno mi się do tego przyznać często nie mogę zapanować nad odruchami fizfologicznymi takimi jak mdłości, niesmak, podczas pracy ze starszymi ludźmi, a przede wszystkim wygląd i zapach ran. Również psychicznie nie jest najlepiej - zaczynając od tego iż cierpię na lekką hipochondrię, przez tragiczną wizję starości aż do umierania.

Wiele przyszłych położnych, ze mną na czele, kwestionuje potrzebę odbycia praktyk na takich oddziałach. Ja zaś, byłam szczególnie zła z paru powodów: niesłowności nauczycieli - zamiast pracy od 7 do 13, pracujemy w różnych godzinach do 20 włącznie - rozbity cały dzień, szczególnie w okresie przed świątecznym, gdzie każdy ma wiele na głowie... Od poniedziałku do środy chciałam chodzić do Dominikanów na rekolekcje i nic z tego nie wyszło. Do domu wróciłam dziś wściekła. Ale gdy emocje powoli opadały, bunt wewnętrzny malał i do świadomości doszło, że może właśnie praktyki na internie tuż przed samymi Świętami Bożego Narodzenia, są jedynymi w swoim rodzaju rekolekcjami. Bóg przyszedł na świat by dać wszystkim ludziom szansę. Pokazał, iż śmierć pomimo tego, że jest nieuniknionym elementem życia, nie jest końcem, że będzie coś lepszego i każdy z tych cierpiących ludzi może mieć na to nadzieję.

Życzę wszystkim by w każdej, czasem z pozoru bezsensownej pracy dostrzegli jakiś sens. I pomimo złych dni, poczucia bezsilności i złości, cieszyli się na nadchodzące Święta, a optymizmem płynącym z ich przesłania potrafili dzielić się ze wszystkimi, zawsze. Choć to wcale nie jest łatwe...

i tak tęsknię za porodówką

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Episio jest chyba jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów dotyczących porodu fizjologicznego - no bo gdzie tu fizjologia gdy mechanicznie, nożyczkami nacinamy skórę... W dzisiejszych czasach w Polsce wśród lekarzy jest znacząca liczba zwolenników, wśród ludu ;) znaczna liczba zagożałych przeciwników tego zabiegu. By jednak samemu móc ustosunkować się do episio trzeba znać parę faktów.

Nacięcie krocza wykonuje się gdy jest taka potrzeba, w drugim okresie porodu, gdy rozwarcie jest pełne a rodząca odczuwa skucze parte i wypiera swoje dziecko na świat. Wtedy gdy główka znajduje się już bardzo nisko i widać ją w szparze sromowej, a krocze bardzo napina się i bieleje (grozi to pęknieciem) położna prosi mamę by w trakcie skurczu parła i na jego szczycie jednym szybkim ruchem nacina krocze.

Tak to powinno wyglądać w teorii, wtedy też w 90% przepadków jest niebolesne. Niestety teoria a praktyka to dwie różne rzeczy i nie zawsze udaje się zrobić episio prawidłowo. Czesto nie jest to wykonywane na szczycie skurczu, czasem rodząca nie ma już siły i przestaje przeć - tkanki nie są napięte i zabieg bardzo boli. Zdarza się, iż krocze jest wysokie, grube, a nożyczki nie pierwszej jakości i nie udaje się naciąć jednym szybkim ruchem, krocze jest docinane pare razy... Czasem gdy poród postępuje bardzo szybko, położna nie zdąży wziąść nożyczek do rąk, a główka już się urodziła :) i wtedy mamy wyjątek od reguły czyli poród bez interwencji medycznej. Wyjatek - ponieważ nacięcie krocza w Polsce jest standardowym elementem porodu. Dlaczego tak się dzieje? Nie będę rozwodzić się nad historią episiotomii dla zainteresowanych polecam stronę fundacji rodzić po ludzku: www.rodzicpoludzku.pl, fakty są takie, iż wraz ze zmedykalizowaniem porodu zacięto nacinać krocze. Jedną niepodważalną zaletą tego zabiegu jest przyśpieszenie przebiegu drugiego okresu porodu - główka obniża się, my nacinamy, mama prze i ma dziecko :) Wiele kobiet, ale przede wszystkim połozników i położnych docenia ten zabieg właśnie z tego powodu - zgodnie z dewizą czas to pieniądz. Po nacięciu łatwiej jest również odrestaurować :) tkanki - szycie jest standardowe i łatwe.

Z zalet podkreślanych przez lekarzy należy wymienić: mniejsze ryzyko urazu mózgu dziecka (mniejszy opór tkanek na delikatne jeszcze kości czaszki). Niemniej jednak nie zostało to naukowo potwierdzone - liczne badania (The TG, Reynolds, Goer) nie wykazują żadnego zwiazku przyczynowo skutkowego między nie nacięciem krocza a obrażeniami mózgu noworodka.

Kolejnym częstym argumentem jest ochrona przed pęknieciem tkanek wewnętrznych, między innymi zwieracza odbytu i odbytnicy. Niestety również tej teorii nie potwierdzają żadne badania naukowe. Jeśli główka jest niewspółmiernie duża a krocze bardzo mało elastyczne, to pomimo nacięcia może dojść do dalszego pęknięcia aż do zwieracza odbytu. Co ciekawe badania wykazują, iż zdarza sie to częsciej u kobiet po nacięciu niż tych bez niego (Eason, Labrecque, Williams, Di Pazza 2006 i wiele innych). Jednak bielejące i bardzo napięte krocze moze być wskazaniem do nacięcia. Jako kontrargument podam, iż raz nacięte krocze grozi rozerwaniem krocza podczas drugiego porodu.

Przy nacięciu krocza 2 okres porodu jest szybszy a co za tym idzie jest mniejsze ryzyko niedotlenienia płodu. To prawda, iż owinięta ściśle wokół szyi pępowina, czy ucisk na główkę dziecka podczas parcia może wpływać na jego niedotlenienie. W niektórych sytuacjach nacięcie jest więc usprawiedliwione.

I ostatni, bardzo modny wśród polskich lekarzy argument przemawiający za nacięciem krocza - Episiotomia zapobiega wypadaniu narządu rodnego w starości. Na tym punkcie chciałabym sie chwilę zatrzymać. Przyczyną wypdania macicy jest "osłabienie aparatu podtrzymującego oraz zawieszającego i mocującego omawiany narząd w miednicy mniejszej, są to często pojawiające się po latach skutki przesadnej ochrony krocza podczas porodu (bez nacięcia), skutkiem czego dochodzi do uszkodzenia mięśnia dżwigacza odbytu z jego oderwaniem od kości łonowej, a powstająca blizna łącznotkankowa nie jest w stanie zastąpić funkcji uszkodzonego mięśnia" Muszę przyznać, iż przez ostatni rok spotkałam się z tym poglądem rozpowszechnianym przez lekarzy bardzo często. Wszyscy lekarze i położne mający długi staż pracy (powyżej 20 lat) zgodnie przyznają, iż w dzisiejszych czasach bardzo rzadko można się spotkac z problemem wypdania macicy u starszych kobiet, gdy jeszcze 20 lat tamu była to najpopularniejsza przypadłość i najczęstrzy powód ingenerncji medycznych na oddziale ginekologicznym. Dziś problem zniknął - pojawiają się pojedyńcze przypadki. Jednak z bliżej nieznanych powodów personel przypisał tę poprawę standardowemu nacinaniu krocza podczas porodu. Przeanalizujmy to dokładniej - wypadanie macicy obserwowano nagminnie w latach 90' czyli u kobiet które rodziły około lat 40' - 50', w latach 60' pojawiła się już standardowa episiotomia. Wystepuje więc koralacja między brakiem nacięcia a wypadaniem narządu. Nie jestem jednak w 100% przekonana iż jest to jedyny powód, nie brane jest bowiem pod uwagę, iż kobiety w tamtych czasach miały dużo więcej dzieci, często pracowały fizycznie na wsiach (a każde noszenie ciężarów po porodzie powoduje rozciąganie więzadeł macicy, które w rezultcie nie wracają do stanu z przed porodu) i miały o wiele większą świadomość dotyczącaą dbania o swój organizm szczególnie w trakcie ciąży i połogu. Abstrachując od tego z powyżej przytoczonego tekstu wynika, iż przyczyną wypadania macicy nie jest brak nacięcia, a pęknięcie III stopnia powodujące wszkodzenie mięśnia zwieracza odbytu, które może zdażyć się różnież po episio.

Powodem mojego sceptycznego podejścia do nacięcia jako sposobu zpobiegania wypadaniu macicy, jest fakt, iż w krajach rozwiniętych Episio stosuje się od lat 80' tylko w razie konieczności, a póki co, nie ma żadnych doniesień dotyczących plagi wypadniętych macic.

W USA i Europie Zachodniej poród coraz cześciej odbywa sie bez większej ingerencji medycznej. Personel medyczny zrozumiał, iż jest on fizjologią i czymś najbardziej naturalnym na świecie, nawet taki który dla nas jest patologią i bezwzględnym wskazaniem do cięcia:

Dla informacji: poród pośladkowy w Polsce uznawany jest za patologię i w 95% przypadków wykonywane jest cesarskie cięcie.

 

W piątek po 6 godzinach zajęć, z ciężkim sercem pożegnałyśmy się z blokiem porodowym szpitala R.

Dziś zaczęłyśmy praktyki na internie w szpitalu B i nasz entuzjazm zgasł. Jednak, jako, że jest to blog położniczy ;) nie będę się rozwodziła nad pracą na oddziale chorób wewnętrznych, a przez nastepne dni postaram się podsumować porodówkę.

 

 

 

16:03, the.shadow.dance , życie szpitalne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 grudnia 2009

Obecność partnera przy porodzie przypomina oglądanie przez rodzinę z dziećmi filmu fabularnego - gdy pojawiają się sceny seksu, dzieci są wypraszane, lub mama przełącza program - bo to nie dla dzieci.

 

Na podstawie obserwacji personelu medycznego w Polsce, można wyciągnąć całkiem interesujące wnioski dotyczące Polaków w ogóle. Wiele osób uważa się za najmądrzejszych w swojej dziedzinie (tę pustą dumę można jeszcze w jakiś sposób wybaczyć, lub zignorować) ale co bardziej boli Polacy nie mają za grosz zaufania do innych osób. W szpitalu pacjent (a tym bardziej jego partner) jest nic nie wiedzącym wrogiem na MOIM terenie i ma się podporządkować MOIM zaleceniom, bo JA wiem najlepiej. (Jak to wczoraj sformuowała studentka studiów mgr, - szpital a blok porodowy w szczególności jest jednym z tych miejsc na świecie, gdzie trzeba bezwzględnie słuchać się personelu... - Stara szkoła nadal kwitnie i w Polsce ma się świetnie.

Nie ma wątpliwości co do tego, iż położne i lekarze zazwyczaj starają się jak najlepiej pomóc pacjentce, ale prawie nigdy nie uznają jej za partnera, który wie co czuje i jak dopasować swój organizm (rytm oddechu, pozycję) do tych odczuć. Personel zapomina, iż poród jest zjawiskiem fizjologicznym - danie swobody pacjentce wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem - jeśli coś się stanie, wina spadnie na nich. Powiedzmy więc, iż ich zachowanie jest w jakimś stopniu uzasadnione. Ale permanentny brak zaufania nie dotyczy tylko podejścia do pacjenta. Szczególnie widoczny jest w zachowaniu w stosunku do partnera rodzącej. Mężczyzna nie ma prawa za siebie zdecydować, czy będzie przy badaniu jego partnerki (jest wypraszany), nie ma prawa oglądać, jak rodzi się główka dziecka (bo to zbyt brutalny dla niego widok), nie ma prawa zobaczyć krocza kobiety, po porodzie (bo to nie wygląda ładnie). Partner jest notorycznie wypraszany - co jest jednoznaczne z wątpieniem w jego inteligencję, nie posiadaniem w stosunku do niego żadnego zaufania, ubezwłasnowolnieniem go. Przypomina mi to oglądanie przez rodzinę z dziećmi filmu fabularnego - gdy pojawiają się sceny seksu, dzieci są wypraszane, lub mama przełącza program - bo to nie dla dzieci. Personel decyduje co mężczyzna jest w stanie zobaczyć, a co jest ponad jego siły. Zachowanie typowe dla narodu polskiego, który wie co jest dla obywatela dobre. Prawo wyboru jest złem i prowadzi do niekontrolowanego rozwoju społeczeństwa. Takie naleciałości nadal są bardzo głęboko zakorzenione w starszym pokoleniu. Ludzie nie mają otwartych umysłów, nie umieją zrozumieć, iż każdy powinien mieć prawo decydowania o sobie samym. Okażmy trochę zaufania i dajmy ojcu dziecka zdecydować. Wystarczy spojrzeć na to jak wygląda poród w USA - często są przy nim dzieci (rodzeństwo nowo rodzonego braciszka, czy siostrzyczki), personel prawie nie ingeruje w postęp porodu, rodząca przyjmuje wygodne dla niej pozycje, mąż często nagrywa to wspaniałe wydarzenie. Atmosfera nie jest przytłaczająca a radosna - rodzi się nowe życie, nowe szczęście. Jednak według polaków, taki poród wyrządza nieodwracalne zaburzenia w psychice ojca i dzieci, czy jest to prawdą pozostawiam wam pod rozwagę.

13:30, the.shadow.dance , życie szpitalne
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 grudnia 2009

Żałuję, iż nie byłam na miejscu mojej koleżanki. Bez skrupułów wykazałabym się asertywnoscią i wyprosiła orszak nauczycieli sprzed golonego krocza mojej pacjentki...

 

Dzisiejszy dzień, daj Boże, coż to był za koszmar... Od rana oprócz nas (3 studentek) naszej naucycielki, trzech położnych, wielu lekarzy i studentów medycyny na porodówce pojawiły się dwie studentki studiów magisterskich odbywające prakatykę dydaktyczną z nami (studentkami licencjatu na zajęciach praktycznych). Panie te około czterdziestki, od dawna prcujące w zawodzie na bloku porodowym w jakimś małym mieście, zechciały uzyskać tytuł magistra i odbyły z nami niezwylke pouczające zajęcia pod tytułem "przyjęcie pacjentki na salę porodową". Wspaniale, że Panie kontynuują edukację, ale sposób w jaki to robią stoi pod znakiem zapytania.

Zajęcia wyszły komicznie, jednak panie wyszły z nich podbudowane psychicznie a ja zniesmaczona.

Po pierwsze studentki znalazły się w zupełnie sobie obcej placówce. Przez pierwsze pół godziny same musiały nauczyć się w jaki sposób w szpitalu R przyjmuje się rodzącą na blok porodowy i jak wygląda dokumentacja (dla jasności w każdym szpitalu, ba oddziale, może być inna). Pytały więc o to nas, jednocześnie starając się zachować fachowość na twarzach i czyniąc uwagi: "co za dziwne zwyczaje" "co za głupi pomysł" "nie to co u nas", jednocześnie starały się nas zagiąć dodatkowyi pytaniami :) Gdy już się wyedukowały z mądrymi minami przystąpiły do pracy, pokazując techniki które wyszły z użycia w położnictwe jakieś 20 lat temu... Można by to im wybaczyć, gdyby nie ich stosunek do pacjentki. Pech chciał, iż ich ofiarą padła moja koleżanka, wraz z jedyną pacjentką na sali porodowej, którą się zajmowała. Orszak złożony z naszej nauczycielki, dwóch studentek magisterskich studiów i mojej biednej koleżanki, oblężył pacjentkę, która była i tak już bardzo spięta i zestresowana. Panie studentki doszły do wniosku, iż taka biedna istota wymaga ich ciagłego wsparcia, i oczekiwały tego od mojej koleżaki. Tak więc, grupa 4 osób przez 5 godzin stała nad łóżkiem rodzącej i obserwowała jej ktg, razem wkładała jej czopki do odbytu, gdy moja koleżanka goliła kroczę pacjentki - pozostałe osoby dodawały rodzącej "otuchy" stojąc nad jej łóżkiem i pilnie obserwując każdy ruch na gołym sromie i czyniąc uwagi "no bardzo fachowo to studentka robi, pewnie czuje się Pani niczym w drogim salonie kosmetycznym, takie spa" itp.

Żałuję, iż nie byłam na miejscu mojej koleżanki. Bez skrupułów wykazałabym się asertywnoscią i wyprosiła orszak. Dowody uznania należą się jednak mimo wszystko pacjentce, ponieważ ja będąc nią, już dawno bym uciekła i wolała rodzic na ulicy. Drogie panie, trochę poszanowania godności pacjenta.

Gdybym trafiła do szpitala R jako rodząca dzisiejszego dnia pewnie uciekłabym jeszcze przed zetknięciem się z nadgorliwym orszakiem. Jedną z kwestii, których studentki studiów magisterskich nie mogły pojąć, były porody rodzinne, a już w ogóle zgrozą przepełnił je fakt, iż można prowadzić drugi okres porodu w obecności męża. Niestety dziś się z tym nie zetknęły, ponieważ szpital R ogłosił zakaz porodów rodzinnych i wizyt na oddziale połozniczym do odwołania, z powodu grypy.

 

Jest to dla mnie posunięcie bardzo kontrowersyjne. I o tyle o ile jestem w stanie je zrozumieć jesli chodzi o oddział położniczy, tak zakaz wstępu dla osoby towarzyszącej podczas porodu należałoby rozważyć dokładniej. Oczywiście panuje epidemia grypy i ryzyko jej przyniesienia do szpitala przez osoby z zewnątrz jest wysokie. Na bloku porodowym czesto znajduje się parę rodzących lub ciężarne na teście oksytocynowym, no i oczywiście położnice wraz z ich nowonarodzonymi dziećmi. Chory lub przenoszący grypę partner stanowi zagrożenie dla kobiet i dzieci. To nie ulega watpliwości ale stanowi tylko jedną stronę medalu.

Na drugiej szalce kładziemy rodzącą i jej potrzeby. Personel często podchodzi do kobiety jak do kolejnego pacjenta - ta urodzi bez męża, następna znowu z mężem. Ale zapominamy, że każda kobieta to indywidualna osoba, i czesto dla kobiety dzień porodu jest najważniejszym i jedynym dniem w całym życiu. Jeśli kobieta od zawsze pragnęła przeżyć ten wspaniały ale i jakże trudny moment z osobą którą kocha, nie może zostać "oszukana". Jeśli para razem się do tego przygotowywała to taki nagły komunikat wprowadzi wielką traumę psychiczną (nagle ten piękny dzień, zamienia się w samotny koszmar). Pozostaje zmiana szpitala, co niekoniecznie przyniesie efekt, albo poddanie się procedurom.

Codziennie przez porodówkę przewija się mnóstwo osób - studenci, lekarze, salowe, położne, pielęgniarki, pacjentki... Wszyscy mają kontakt ze "światem zewnętrznym" i wcale nie są mniej narażeni na zarażenie się grypa lub jej przyniesienie do szpitala. Jeśli szpital boi się potencjalnych nosicieli wirusa w postaci pratnerów, niech nałoży na nich obowiązek noszenia maseczki i fartucha przez cały czas pobytu na sali porodowej, dokładnego mycia rąk, zachowania ostrożności. Ale niech nie odbiera kochającym się parom przeżycia porodu ich dziecka wspólnie.

22:43, the.shadow.dance , życie szpitalne
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki: